19 października 2016

Lubię, kiedy kobieta...nie, nie kobieta, jesień...

... za oknem, choć pozornie mało inspirująca, pobudza mnie w domu do stworzenia tej charakterystycznej ciepłej aury zacisza pachnącego kawą, miodem i  korzeniami, ozdobionego wrzosem i kasztanami... pełnego dźwięków strzelającego w kominku ognia, cicho w dali płynącej spokojnej muzyki. W takiej atmosferze miłość unosi się i tańczy w wyjątkowy dla siebie sposób. Od razu jest wszystkim cieplej i przyjemniej. Problemy jakby zostawały za drzwiami, odstraszane potęgą tej wyjątkowej chwili.



Warto jest znaleźć każdego dnia kilka takich wyjątkowych chwil, które nas odprężą, sprawią, że przypomnimy sobie, jak pięknie i przyjemnie jest być razem, cieszyć się sobą. Tak łatwo mi o tym zapomnieć w pośpiechu codzienności. 




Tym bardziej cieszą mnie te cenne minuty, które uda mi się wyłowić i spędzić z Mają. Dzisiejsze zdjęcia pokazują nasze wczorajsze wieczorne pieczenie. Domyślacie się pewnie, ile było śmiechu i radości w tym nowym doświadczeniu. A ile dziś pysznych doznań!


Pięknego dnia, moi Czytelnicy.

Link do przepisu: http://szpilka-w-kuchni.blogspot.com/2016/10/korzenne-jesienne-ciasteczka.html#links

Kama.

3 października 2016


Dawno mnie tu nie było, oj dawno. Sporo się dzieje w moim życiu i to dlatego tak rzadko bloguję. Częściej znajdziecie mnie na Facebooku albo na Instagramie, tam po prostu wszystko dzieje się szybciej i zajmuje mniej czasu. No ale skoro już raz podjęłam się pisania bloga, to wypadałoby choć raz na jakiś czas odwiedzić to miejsce i coś po sobie zostawić.
Kilka miesięcy temu dostałam nową pracę. Teraz realizuję się jako baristka, co sprawia mi wiele radości i satysfakcji. Nie sądziłam, że przebranżowienie może być tak bezbolesne i łatwe. Pracuję w małej kawiarni na lubelskim lotnisku. Codziennie spotykam cudownych ludzi, uśmiechniętych, cieszących się z powrotu do domu, albo podekscytowanych lotem za granicę. Oczywiście są też tacy, którzy cierpią z powodu konieczności rozłąki, ale należą do zdecydowanej mniejszości. Chyba powoli przyzwyczajamy się do takiej rzeczywistości. 


Lotnisko zdążyło mnie nauczyć o wiele szybciej niż hotel, czym jest właściwa obsługa klienta. Wykorzystuję w nowej pracy wszystko, czego nauczyłam się i co wykorzystywałam w pracy menedżera hotelu - pod tym kątem te prace w ogóle się nie różnią. Może z tym wyjątkiem, że na lotnisku jest mi zwyczajnie przyjemniej i mam mniej stresu.
Jako menedżer realizuję się dalej, ale w zupełnie innej branży. Awansowałam w strukturach Gospel Rain, przez co obowiązków mi przybyło, ale też i przyjemności.

Nastała jesień i życie wskoczyło na wolniejszy bieg. Stale szukam odpowiedniego lokalu na własną kawiarnię. Mam w głowie całe mnóstwo pomysłów, których nie mam gdzie realizować...  Po cichu liczę jednak, że tam w niebie ciągle o mnie pamiętają i skoro dali mi odwagę marzyć, to dadzą też szansę na realizację marzeń. :-)

17 kwietnia 2016

I znów troszkę o sypialni...

Chyba zrobiłam się monotematyczna z tą swoją metamorfozą sypialni, ale cóż poradzę? Dziś zwrócę waszą uwagę na turkusową ścianę. Ostatnimi laty turkus i wszelkie jego odcienie, wariacje królują w branży wnętrzarskiej i modowej. Gdzie nie spojrzę, wszędzie znajdę turkusowy (lub dla odmiany seledynowy) akcent. Nie powiem, żeby mnie to nie cieszyło... jestem wieloletnią i wielką miłośniczką tego koloru. Nie zdziwi więc was na pewno moja turkusowa ściana! :)


To największa ściana w tym pokoju, stanowi tło dla łóżka, które zgodnie z drugim ulubionym przeze mnie trendem, ozdobione zostało poduszkami przywołującymi skojarzenia z ukochaną Północą. Nie jest to jeszcze skończony projekt. Na razie przyjmijmy, że to wersja "low budget". Ciągle myślę nad tym, jakby tu ożywić i rozweselić tę przestrzeń, by nie wyglądała jak wyjęta z taniego hostelu.


Czuję, że idę w dobrym kierunku, ale wciąż jeszcze nie doszłam do celu. Szukam zagłówka, który by zachwycił moje zmysły, porwał serce i mocno ścisnął, tak, żebym wiedziała, że to ten jedyny na długie lata. Myślę o tkaninowym, nadającym wrażenie przytulności. Znalazłam już kilka firm, które coś takiego produkują, ale nie mają obicia, które by mnie usatysfakcjonowało, więc szukam też równolegle tego idealnego materiału tapicerskiego.


W ogóle pokój na razie wydaje się zimny, pusty i niedokończony. Brakuje mi w nim właśnie tkanin, dzianin, które go wypełnią, ocieplą. Marzą mi się włóczkowe pufy, gruby ciepły pled, oświetlenie "cotton balls", słonecznie żółte zasłony i ciekawe dywaniki w stylu minimalistycznym, lekko wiejskim – w końcu inspiracją projektu był las i sielski czas naszego szczęścia, a więc także "wsi spokojna, wsi wesoła...". Jeśli się uda, to te dywaniki wygrzebię jeszcze w domu po babci... uwielbiam tę skarbnicę! Wygrzebałam w niej już dwa piękne meble z lat 70., które dumnie zdobią naszą sypialnię, a to jeszcze nie koniec. ;-)


Planuję jeszcze znalezienie ładnego obrazu (bądź obrazów), który zawiśnie nad łóżkiem. W tym punkcie plan nie jest zbyt precyzyjny, nie do końca bowiem wiem, o co mi dokładnie chodzi. Nic jeszcze nie wpadło mi do głowy. W grę wchodzą jeszcze półeczki a la plaster miodu, które podbiły moje serce i chyba wyjdę z siebie, jeśli nie zawisną w mojej sypialni.


Na tę chwilę ciągle jeszcze kombinuję, szukam inspiracji i funduszy na dalszy remont. Ogromną radość sprawiają mi meble po babciach, które wspaniale się tu odnalazły, a którym poświęcę oddzielny wpis, bo zasługują na taki. Dzięki babciom właśnie udało mi się ocalić "życie" komodom i kwietnikowi, zaoszczędzić sporo pieniędzy i przy okazji urządzić klimatyczne wnętrze. Czekajcie na kolejny wpis. :-)

Ps. Wybaczcie kolejną serię zdjęć z komórki, ona po prostu zawsze jest pod ręką, gotowa do użycia. Z lustrzanką muszę się naszarpać, a to wymaga czasu i energii, które ostatnio wolę poświęcać córce i mężowi.

9 marca 2016

Projekty. Klęska urodzaju!

Mamy lekkie opóźnienie w blogowaniu, ale wszystko jeszcze jest do nadrobienia. Wprowadziliśmy się już częściowo do sypialni, z radością i bez sentymentu opuszczając salonową kanapę... za co podziękowały nam nasze kręgosłupy. W międzyczasie musieliśmy zawiesić wykończeniówkę, ponieważ musiałam zarezerwować cały swój czas i energię w koncert z okazji wydania nowej płyty Gospel Rain. To był drugi z większych koncertów zespołu, w przygotowaniu którego mogłam aktywnie uczestniczyć. Wierzcie mi, to niezapomniane doświadczenie – wyczerpujące, ale dające tyle pozytywnych emocji, że właściwie nie czuje się zmęczenia... jedynie sny ma się po tym troszkę niecodzienne... ;-)
Prace przy zespole nie odcięły mnie całkowicie od dalszego projektowania i dopieszczania sypialni. Właściwie to wizje są już dopracowane na tyle, że mogłam zakasać rękawy i uprzątnąć kolejny pokój pod remont – gabinet. Ogólny zarys tego pomieszczenia też już zrobiłam. Zakładam zmniejszenie okna na rzecz zamknięcia bezsensownej wnęki, którą jakiś spaczony budowniczy nam zafundował i nie da się z nią absolutnie nic zrobić bez szkody dla sąsiadującej z pokojem łazienki. Zmniejszenie okna i parapetu da mi dodatkowych kilkadziesiąt cennych centymetrów na wyrównanie proporcji obu pomieszczeń, wstawienie ościeżnicy i drzwi do wnęki. Tak powstanie mała garderoba, która pomieści nasze rowery i narzędzia Piotrka. Ponieważ będzie to miejsce do pracy, projekt zakłada umieszczenie biurka, dziesiątek półek na pokaźny (i stale rosnący) księgozbiór, łóżka lub kanapy (w wyjątkowych wypadkach będzie to również pokój dla gościa), stolika kawowego i fotela. To tak pokrótce. Kolorystykę też już dobrałam, dodatki-kurzołapy i ozdoby ścienne też. Teraz projekt czeka na realizację. Nie wiem, czy wyrobimy się z nim tak szybko, jakbym chciała, bo przed wejściem do Komnaty Tajemnic (tak nazwaliśmy nasz przyszły gabinet), musimy zająć się łazienką, na którą z kolei nie mam zbytniego wysypu pomysłów i w dużej mierze będzie to wielka improwizacja. 
Dzisiejszy post nie będzie okraszony zdjęciami mieszkania, ponieważ musiałabym wam pokazać temat następnego wpisu, a wolę potrzymać was jeszcze w niepewności i zrobić wam niespodziankę. Uchylę tylko rąbka tajemnicy i powiem, że będzie on miał związek z pamiątkami rodzinnymi i moją pełną sprzeczności duszą. Na pocieszenie wrzucę jednak coś kolorowego:



Dacie wiarę, że wczoraj minęło czternaście lat, odkąd jesteśmy z Piotrkiem parą!!!